Ślub | Futra | Skóry | Buty | Uroda |
WEDDING | FURS | LEATHER | SHOES | BEAUTY |
Moda.com.pl - Portal Polskiej Mody | Bielizna | Dżins | Textil | Sklep | Akademia
| UNDERWEAR | JEANS | MEMBERS | KSIĄŻKI | KURSY
textil.com.pl Trendy | Pokazy | Nowe technologie | Ludzie branży | Targi | Rynek | Artykuły - Publikacje

Maciej Zień

Magia marki

Maciej Zień - laureat Honorowej Złotej Nitki i Belvedere International Achievement Award; autor licznych stylizacji do teledysków, spektakli teatralnych i widowisk. Prowadzi atelier w Warszawie. Jego klientkami są m.in.: Grażyna Torbicka, Jolanta Pieńkowska, Aneta Kręglicka, Małgorzata Kożuchowska. Jego kolekcje można oglądać w Paryżu, Londynie, Niemczech i Katarze.

Bardzo trudno jest umówić się z panem na spotkanie. Jest pan tak bardzo zajęty czy też selektywnie nastawiony do mediów?
Akurat jestem przed dwoma pokazami. Często wyjeżdżam do Paryża, a gdy wracam, to znowu jest bardzo wiele do zrobienia. Uważam, że warto jest być znanym z tego, co się robi, a nie z tego, że jest się w rubrykach towarzyskich w kolorowych gazetach.


Moda. Maciej Zień. Magia markiModa. Maciej Zień. Magia markiModa. Maciej Zień. Magia markiModa. Maciej Zień. Magia marki
Kostiumolog, mistrz haute couture, projektant, dekorator wnętrz, kreator, dyktator mody, krawiec, artysta - takie określenia pana działalności można znaleźć w prasie. Które określenie jest panu najbliższe?
Czuję się osobą, która nie lubi koncentrować się na jednym. Staram się poruszać wiele dziedzin sztuki, choćby realizując pokaz. Trzeba tu być i projektantem mody, i wystawiennikiem, i bardzo skrupulatną osobą zarządzającą całym zespołem ludzi. Trzeba mieć podejście holistyczne, a pojęcie „artysta" kryje w sobie bardzo wiele.

Ubiegły rok to zamknięcie pewnego etapu pana działalności: pokazy w Paryżu, Londynie, 10-lecie twórczości zakończone wystawą w Królikarni, otwarcie nowego butiku w Poznaniu. To także tegoroczne 30. urodziny.
Bardzo dużo się wydarzyło w ciągu tego czasu. Teraz nastawiam się, żeby powiększać swoją sieć sprzedaży, być bardziej dostępnym. Wiąże się to z uproszczeniem kolekcji. Ceny będą mogły zejść w dół, kiedy sukienki będą mniej skomplikowane konstrukcyjnie i wykonane z mniej wyszukanych tkanin. To nadal będą jedwabie wysokiej jakości, ale kreacje będą dostosowane do potrzeb większej ilości kobiet, które chcą nosić sukienki na więcej okazji. Kobiety będą mogły zakładać tę samą sukienkę do pracy i na wieczorną uroczystość, zmieniając tylko akcesoria.

Marzeniem chyba każdego projektanta jest zorganizowanie pokazu podczas Pret a Porter w Paryżu. Jaka droga prowadzi do osiągnięcia tego celu?
To było jedno z moich największych marzeń i cieszę się, że udało mi się je zrealizować do trzydziestki. Jestem przykładem na to, że kiedy człowiek bardzo czegoś pragnie, to może osiągnąć wszystko. Jak zwykle w życiu każdego artysty potrzebne jest też dużo szczęścia oraz spotkanie odpowiednich osób. Złożyłem teczki z rysunkami, zdjęciami, całym dorobkiem, a także z dokumentacją potwierdzającą, że moja firma podoła większym zamówieniom kupców. Nie należy zapominać, że poza częścią artystyczną, Pret a Porter to też targi. Jedną z osób, która bardzo mi pomogła, była moja koleżanka, która ma przepiękny apartament przy Avenue Montaigne. Tam odbył się mój pokaz.

Projektanci sami organizują sobie miejsce pokazu podczas Pret a Porter?
Tak. Organizatorzy wpisują pokaz w kalendarz... i tyle. Brałem udział w tzw. pokazach Pret a Porter Off, które skupiają młodych projektantów, ale sprawdzonych przez grupę osób, które selekcjonują uczestników. Nie jest to jeszcze główny program, w ramach którego pokazywane są kolekcje dużych domów mody, pierwsza liga modelek itd.

Jaki był cel tego wyjazdu?
Chciałem być pierwszym Polakiem, któremu udało się pokazać kolekcję na Pret a Porter. Zapoczątkowałem coś nowego. Polscy projektanci coraz częściej próbują pokazać kolekcje w Paryżu, za chwilę pojawią się też w Londynie i Nowym Jorku. Pret a Porter było dla mnie niesamowitym doświadczeniem, które wzbogaciło moją pracę. Poznałem trendy, zasady w dobieraniu modelek, w makijażu, we fryzurach, w stylizacji pokazu, która nie jest u nas tak bardzo popularna. Ważne było też nawiązanie kontaktów.

Paryskich?
Głównie japońskich. Już trzecią kolekcję sprzedałem do Japonii. Powiększa się też grono klientek w Paryżu i w Anglii. Pokazałem też polskim klientkom, że oprócz tego, że jestem dla nich tu, na miejscu, to również mam większe aspiracje.

Czy łatwiej jest projektantom na rodzimym gruncie, gdy wracają z zagranicy?
Tak, z powodu prestiżu.

Z czego wynika pana zdaniem to, że jesteśmy w tyle w stosunku do wielkich stolic mody?
Z naszego braku przygotowania i podejścia do mody. O wiele łatwiej jest startować projektantom, którzy są wykształceni za granicą. Polacy pracują w domu mody Armaniego, Chanel, Diora. Oni jeszcze zaczynają, ale za chwilę o nich usłyszymy.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że gdyby nie sponsorzy, nie byłoby pana stać na stworzenie i prowadzenie atelier. Czy pana zdaniem trudno jest utrzymać się na rynku mody wysokiej w Polsce?
Na pewno tak. To u nas raczkujący sektor. Przychodzi moment, w którym trzeba sobie zadać pytanie, czy projektować dalej dla małej grupki, czy rozwinąć się i zostać niezależnym finansowo. Teraz połączyłem swoje siły z koleżanką, która będzie zajmowała się biznesową stroną firmy, zapleczem dystrybucyjnym, a ja pozostanę sobie kreatorem i projektantem.

Sprawy organizacyjne odciągają pana od twórczej pracy?
Trudno to pogodzić. Każdy biznes jest trudny, a szczególnie „art biznes", gdzie trzeba połączyć sztukę z brutalną rzeczywistością, która wiąże się także z tym, że pod koniec miesiąca trzeba zapłacić pensje, ZUS i różne inne rzeczy, o których człowiek się nie uczy w szkole. Młodzi projektanci zapominają, że moda to biznes. Nie myślą o stronie finansowej całego przedsięwzięcia, a potem mają pretensje do losu, że im nie wyszło. Stworzenie 40 sukienek jest bardzo kosztowne, a przecież trzeba je jeszcze spieniężyć. Z tego powodu nie porywałem się nigdy na wielkie szaleństwa w projektowaniu. Wiedziałem, że muszę sprzedać wzory i to było dla mnie bardzo ważne. Trzeba być bardzo pokornym w tym biznesie. Oczywiście wykłady związane z projektowaniem mody odbywają się na uczelniach artystycznych, a nie biznesowych, co dowodzi, że najpierw trzeba być artystą, a później mieć zespół biznesmenów, którzy będą kierowali firmą.

Został pan niedawno nagrodzony Honorową Złotą Nitką, która jest przyznawana, jak czytamy na stronie konkursu, „wybitnym projektantom i kreatorom mody mającym szczególny wkład w kształtowanie wizerunku polskiej szkoły projektowania ubioru". Czym się ona charakteryzuje? Czy obserwuje pan styl wspólny polskim projektantom?
Trudno mi powiedzieć, przyznam szczerze. Obecnie poprzez szybki dostęp do wiedzy z całego świata, zacierają się granice. Tym, co odróżnia dane rejony: Londyn, Paryż, Tokio, Nowy Jork czy Mediolan to kolorystyka, w której projektanci żyją i tworzą. Każdy projektant kreuje własny styl. Na gruncie polskim też walczymy o indywidualność. Może wspólnym mianownikiem jest też dążenie do kobiecości? Trudno nas wrzucić do jednego worka i powiedzieć, że to jest jakiś styl. Jest on wyczuwalny w krajach, gdzie istnieje silna kultura ludowa, która trwa do dziś, np. w Japonii. My jej nie mamy, zostawiliśmy ją w skansenach. To się bierze z kompleksów. Trzeba być najpierw bardzo dumnym z polskości, żeby się nią chwalić.

Wśród stolic mody nie wymienił pan Łodzi, która też ma swój tydzień mody.
Tak, słyszałem o tym. Na razie będę się temu przyglądał. Szczerze? Nie byłem na żadnej polskiej imprezie masowej, która byłaby zorganizowana tak, żebym chciał w niej wziąć udział. Zawsze miałem zastrzeżenia dotyczące doboru zbyt tanich modelek, ekipy fryzjerskiej, makijażu. Organizatorom z reguły chodzi o to, żeby zarobić jak najwięcej pieniędzy, a jak najmniej wydać.

W zacierającej granice masowości należałoby zaproponować coś oryginalnego, a ostatnio słyszałam pogląd, że brakuje w modzie świeżej kreacji. Zgadza się pan z tym?
To jest słuszne stwierdzenie. Nie znajduję w Polsce równie mocnych nazwisk jak np. Lagerfeld. Biznes dużych marek zabił możliwość kreowania stylu, spowodował, że można za groszowe kwoty ubierać się we wzory podobne do kolekcji wielkich domów mody. Kiedyś w każdej dziedzinie było łatwiej szokować, teraz szokują już tylko bardzo dziwne rzeczy, np. Victor&Rolf zaproponował sukienki odwrócone do góry nogami. Technologicznie osiągnęliśmy doskonałość. Teraz walka toczy się tylko i wyłącznie o styl, magię tworzoną wokół własnej marki.

Pan raczej nie szokuje.
Moją strategią jest przywiązanie kobiet do jakości, sprawienie, żeby czuły się dumne, nosząc sukienkę polskiego projektanta.

Nie myślał pan nigdy o wysoko nakładowej produkcji?
Myślałem, ale jeszcze nie jestem na to gotów. Marzeniem projektanta jest oglądanie swoich modeli na ulicy. Wzorem domu mody, ideałem, do którego dążę w kreowaniu własnego atelier, jest Hermes. Podoba mi się, jak dyskretna i wielka jest ta marka, która mimo potęgi nie straciła na ekskluzywności. O tym, jak mocno jest osadzona w kulturze, świadczy to, że każda paryżanka marzy, żeby dostać na 16. urodziny torebkę Hermesa.

Chciałby pan, żeby wszystkie Polki marzyły o torebce od Zienia?
Nie wiem, czy takie marzenie jest u nas możliwe do wykreowania. Kult mody nie jest tu tak mocny. W samym Paryżu mamy aż trzy muzea poświęcone wyłącznie modzie. Moda jest częścią kultury. Nie wiem, czy ludziom tego w Polsce brakuje. Nasza historia zabrała nam bardzo wiele. Mieliśmy znakomitych krawców, modystki, którzy zniknęli po wojnie.

Wszyscy wielcy krawcy zaczynają jako asystenci. Po liceum plastycznym w Lublinie „terminował" pan w Paryżu u Oliviera Lapidusa. Co młodym ludziom daje staż w takim atelier?
Stażowałem też w lubelskim zakładzie Parisette, który szył suknie ślubne i wizytowe. Nauczyło mnie to, jak przełożyć idee na produkcję, a także konstrukcji i upinania na manekinie. Tylko siedzenie za maszyną nie jest w moim charakterze. Zbyt dużo mam pomysłów.

Czego uczą się młodzi projektanci w pana atelier?
Wszystkiego. Zaczynam zawsze od rysunku modowego. Jeżeli ktoś sobie świetnie z tym radzi, przechodzimy do zajęć praktycznych z różnymi gatunkami jedwabiu. Największa przyjemność to dostęp do zaplecza tkanin. Stażyści mogą sobie upinać materiał, podglądać jak pracują profesjonalne krawcowe.

Czy ma Pan ambicje stworzenia wokół siebie określonej szkoły projektowania?
Każda z osób, która stąd wychodzi mówi, że zmieniła swój styl. Dosyć dużą wagę przykładam do proporcji. Talia musi być podkreślona, nawet jeśli jest niewidoczna. Długość też powinna być odpowiednia. To jest bardzo trudne. U nas umiejętność wyważenia proporcji kuleje, ponieważ dużo rzeczy, które nas otacza nie ma proporcji.

Co ma pan na myśli?
Na przykład Warszawę, która jest architektonicznym koszmarem. Proszę pojechać do Paryża i porównać. Styl paryski w architekturze opiera się na symetrii. Czytałem kiedyś o pięknie. Wykreowano sztucznie pogląd, że to pojęcie względne, ale badania wykazały, że piękno polega na idealnych proporcjach. Uspokajają mózg i wprowadzają nas w miły stan, który sprawia przyjemność. To samo jest z architekturą. Piękno jest jakby... wymierzalne.

Rozmawiała: Natalia Wrzesień

25 sierpnia 2009, godz. 12:00

Twoja opinia na ten temat!

Wypowiedzi są prywatnymi opiniami użytkowników.
Moda.com.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Moda.com.pl zastrzega sobie prawo redakcji, skrótów, bądź usunięcia opinii.


Copyright 1998-2010 by moda.com.pl